Emigranci
środa, październik 17, 2007
Poczytalam troche tzw. blogow emigranckich, czyli “ludzie wyjechali, ludzie pisza”. I mam takie uczucie, jak tego dnia, kiedy pojechalam do Antwerpii szukac Polskiego Klubu. To bylo dawno temu. Teraz juz bym sie nie dala nabrac. Nawet Antwerpii nie znalam az tak dobrze.
W kazdym razie, co sie nachodzilam, to moje. I gdzies, juz teraz nie mam pojecia gdzie, w bocznej uliczce od bocznej uliczki bedacej baczna uliczka jakies nieduzej ulicy, znalazlam wlasciwy adres. To jeszcze nic nie wrozylo… Ulica, a wlasciwie ciemny, martwy zaulek, w ktorym wiatr zawracal, a smieci unosily sie na wysokosc pierwszego pietra, jak w amerykanskim filmie o Bronxie, sie zgadzala. Odnalazlam tez numer. Numer widnial nad blaszanymi drzwiami, jakie sie w supermarketach montuje, do tylnego wyjscia ewakuacyjnego. Na tych jakze eleganckich drzwiach wisiala jeszcze bardziej elegancka kartka z kolorowym nadrukiem, rodem z ink-jetowej drukarki, ktore wtedy moze jeszcze byly szczytem szczescia.
Nie pamietam, co bylo na tej kartce, ale wiem, ze nadgorliwy projektant uzyl chyba wszystkich rodzajow czcionek jakie posiadal, rowniez postaral sie o dynamike projektu nadajac kazdej literze inna wielkosc i inny kolor. Juz nie wspomne o przereklamowanym efekcie 3D. Word - wolna tworczosc. Nie pamietam tekstu, bo to chyba bylo nawet wogole nieczytelne. Jakis na wpol zdechly szyld, wiszacy nad drzwiami, szeptal do mnie “klub polski”, wiec, z tylko mi dana spostrzegawczoscia, domyslilam sie, ze to TU.
Need I say more…? Oczywiscie, ze nie weszlam. Ze strachu. Ze wstydu. Zdegustowana do ostatniej nitki, opuscilam to miejsce i nigdy nie potem nie przyszlo mi na mysl, zeby wybrac sie do jakiegokolwiek polskiego klubu (choc zajrzalam, doslownie wsadzilam glowe w drzwi i szybko wyjelam, do polskiej restauracji, a wlasciwie baru, w brukseli). Moje zniesmaczenie musialo mnie pochlonac od stop do glow, bo potem na kazda wzmianke o “polonii”, gdziekoliek i jakiejkolwiek, robilo mi sie niesmacznie. Nic nie poradze na to, ze widze facetow w srednim wieku, co drugi ma wasy i pija wodke przeklinajac co drugie slowo. Nie potrzeba do tego barow, na ulicy tez sie potrafia tak zachowywac. Czy bardzo sie myle? Prawda lezy po srodku.
Bylam w bibliotece polskiej w Brukseli, jest i polska szkola, bywalam w konsulcie, bywalam w polskich sklepach w Brukseli, bywalam na targach i imprezach promocyjnych Polski (oooo, to tez dluga i ciekawa historia, moze kiedys ja opisze, polskie stanowisko z bigosem i wodka w brukselskim hotelu… och!! przygoda, ze palce lizac!!) i tyle sie napatrzylam na ta “polonie”, ze jeszcze bardziej przylozylam sie do integracji, zeby sie wtopic w tlum, zeby nikt nie musial za mna wolac “POLAK !!”, bo jeszcze pare lat temu bylo to brzydkie wyzwisko, a nie okreslenie osoby pochodzacej z kraju typu Polska.
Bardzo ogolnikowe podejscie, wiem. Moja prywatna niemila wizja. Polonia to dla mnie zle kojarzace sie okreslenie. Wole przbywac wsrod Polakow w Polsce, niz wsrod Polakow za granica, tak juz mam. Nie potrafie opisac dlaczego, ale zauwazylam, ze Polacy polonijni maja inna, bardziej agresywna, (wyzwolona? wyzwolona z biedy??) mentalnosc od rodakow w domu. Moze ja tez sie tak zmienilam, trudno mi jest powiedziec, ale mam nadzieje, ze niewiele i nie na gorsze. Troche na pewno, co jest efektem doskonalej integracji; zdarzaja sie i tacy, ktorzy biora mnie za flamandke, a jak sie prawdy dowiedza, to pieja z zachwytu “Oooh! Gij spreekt zo goed vloms!!! Oohh! Gij zou da nie zeggen, hé!!!?!?!!!” Ale to juz inny temat, rownie rozlegly, o ile nie bardziej…
Entry Filed under: Kraina Frytek, Samo zycie, Taka JA. Tagi: belgia, Daleko a blisko, emigranci, integracja, klub polonijny, polak, polonia, polska, wyzwisko.


Leave a Comment
Some HTML allowed:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>
Trackback this post | Subscribe to the comments via RSS Feed