odd.dziwny jest ten swiat!!


Pan Franek sie czyma
czwartek, wrzesień 27, 2007, 9:31 pm
Zaszufladkowany do: Bliscy a Dalecy, Kraina Frytek, Samo zycie | Tagi: , , , , , , ,

Mamy sasiada, po prawej, pod numerem nastepujacym. Po lewej jednak nie ma numerow “odstepujacych”, ale “poprzednie”. Po prostu. Ciesze sie, ze to sobie ustalilismy.

Nasz sasiad ma ponad 80 lat i na imie mu Franek. Mieszka sciane w sciane z nami - w jedna sciane. Nie w dwie, lub trzy, ani nawet nie w cztery, bo jesli ktos tak mieszka z kims innym, to nawet nie sa sasiadami. My mieszkamy z sasiadem, jak to zazwyczaj sie tu domy szeregowe buduje, w jedna, osierocona na jedna cegle, chudziutka, mizerniutka scianke. A zeby komfort mieszkania byl optymalny, sciana ta nie jest izolowana ani dzwiekoszczelna. W ten sposob wiem na ten przyklad, ktora jest godzina bez patrzenia na zegarek. Sasiad ma kukulke. Moge zaoszczedzic na abonamencie radiowym, bo sasiad slucha tej samej stacji. I doskonale… Chcial nie chial, spontanicznie pobieram rowniez lekcje gry na saksofonie (!), codziennie (!!), w najbardziej niezwyklych godzinach (!!!).

Pan Franek, osiemdziesiecioletni mlodzieniec o bardzo jasnych wlosach i wysokim czole, caly rok na okraglo chodzi w tych samych ciemnobezowych spodniach, ktore kiedys pamietaly kancik, a dzis cierpia na skleroze. Spodnie wisza na dwoch czarnych, szerokich szelkach, ktore z powiedzmy-bialego podkoszulka robia istne przejscie dla pieszych. Teraz mi sie przypomnialo, ze to nie jedyny stroj pana Franka. W te lepsze dni, kiedy pan Franek czuje forme, wtedy wklada ciemno-zielony, niemalze enerdowski (a moze byc i luftwaffe!!! hm… zwazywszy te rzeczy, o ktorych sie nie mowi, przy okazji wspomnien o II Wojnie Swiatowej w Belgii…) dresik na katorzniczych sciagaczach w czerwone paseczki i idzie na tak zwana przechadzke. Ma tez czapke z daszkiem, ale z jakiej epoki, to jeszcze trudniej okreslic niz ten dresik. Przechadzka pana Franka musi byc wykanczajaca, bo idzie od drzwi wejsciowych, az do konca swojej posesji, do ulicy. Czyli jakies 6m. Raz na jakis czas pan Franek idzie, w tym dresie oczywiscie, do najblizszego sklepu znajdujacego sie 75m od domu. Jako dbajacy o siebie nawzajem sasiedzi jestesmy wniebowzieci, bo cieszy nas krzepa sasiada.

Jednak prawdziwe Swieto Lasu jest, kiedy nasz sedziwy sasiad wsiada w samochod i gdzies jedzie. To musi byc cos bardzo waznego, moze jedzie do banku, albo do notariusza, albo na comiesieczne kontrole moczu. Pan Franek staje na wysokosci zadania i jest, moze wykapany i ogolony – nie wiem, ale uczesany, elegancko ubrany w szary (inny, nie brazowy, szary czyli inny) garnitur, skladajacy sie ze wszystkich czesci, czyli podkoszulka (najprawdopodobniej tego samego, ktory nigdy nie wisi na sznurze do bielizny), jasnej koszuli, kamizelki dzianinowej (Modnis!) i marynarki. Ma spodnie na kancik i czarne polbuty. Wyprowadza auto z garazu, wsiada, z trudem, bo to bardzo male autko, ale widac, ze to siedzenie przynosi ulge. Ja wszystko wiem, saisadka z pieciu numerow dalej wie i burmistrz wioski obok tez wie, bo ten jego garaz tak przerazliwie skrzeczy, ze martwego by z grobu przegnalo.

Czasem pan Franek wyglada jak martwy. Szczegolnie, kiedy siedzi przed domem, przyklejony do przymknietych drzwi wejsciowych, jakby progu pilnowal. Pewnie progu pilnuje. Siedzi na swoim bialym, plastikowym, chybotliwym krzeselku tarasowym Jak zawsze ma na sobie te bezowe spodnie na kancik-widmo i chyba-bezowy podkoszulek, choc nie sadze, zeby osiemdziesiecioletni pan byl az tak wielkim fanem Burberry. W ustach trzyma grube, dymiace sie cygaro, a na twarz jego cien rzuca gleboko na czolo nasunieta czapka typowo meska, najprawdopodobniej wlasnie od Burberry, tylko, ze sprzed piecdziesieciu lat. Kiedy nie pada deszcz, co w Belgii zdarza sie raz na sto lat, Pan Franek siedzi, siedzi tak godzinami i kontempluje. Tylko czasem powoli podniesie glowe, kiedy przechodze i sie klaniam. To znaczy ja sie nie klaniam, co prawda z konia kiedys spadlam, karetke sobie wezwalam sama, bo koledzy poszli do domu, do szpitala mnie zabrano, (do dzis zaluje, ze nie na sygnale; zabraklo tego dramatu!!) i o gruby konski wlos nie pocieli mnie tam na dwa nierowne kawalki, ale zglupiec, nie zglupialam. Co to, to nie. Wiec kiedy przechodze obok, po prostu grzecznie mowie “dzien dobry”. Takie sa tu zwyczaje, ze sasiad sasiadowi jak najlepszego dnia zyczy, kiedy sie spotkaja. Zreszta nie tylko sasiedzi palaja do siebie taka zyczliwoscia. Obcy ludzie, w sklepie, czy na ulicy mowia do siebie “dzien dobry”, czy cos w rodzaju “witaj”, nawet wtedy, kiedy grzebia w ogrodku, po lokcie uwaleni gnojem grzadkowym.

Dzisiaj stala sie rzecz nieslychana. Z samego rana, do pana Franka przyjechala wnuczka. Zdziwilo mnie to, choc nie tym, ze nigdy bym takiego mlodzieniaszka, pana w sile wieku nie podejrzewala o wnuki. Nie. Zdziwilo, bo przedwczoraj ta wnuczka tez byla i to razem z matka, czyli corka pana Franka. Wiezy rodzinne nalezy podtrzymywac i wzmacniac, jak zaczynaja slabnac i opadac, zreszta, jak wiele innych rzeczy… trzeba podtrzymywac, ale srednia spotkan rodzinnych mojego sasiada, zazwyczaj nie przekracza stalej swiat narodowych w ciagu roku. Na dodatek, po poludniu zajechalo pod dom wielkie, czarne, wypasione BMW cztery-rzy-cztery. Od razu pomyslalam, ze lekarz. To byl lekarz. Co, jak co, ale troszke mnie to zaniepokoilo. A jakby tego bylo malo, wieczorem podjechalo jeszcze male biale autko, z bialo-zoltym krzyzem. Pomyslalam, ze to nie moga byc templariusze, bo oni mieli inne kolory. Mialam racje, to byla pielegniarka domowa z “Bialo-Zoltego Krzyza”. Mam tylko nadzieje, ze to nic powaznego. Oczywiscie mam na mysli pana Franka, ktory wyglada, jak dziadek do orzechow, jak nie wlozy szczeki. Bo templariusze, to inna bajka.

Pan Franek juz od jakis kilku miesiecy nie bierze do ust saksofonu. Belgijski wynalazek, Belgowi nie przystoi. Brakuje mi tych lekcji, jeszcze zaniedbam moja gre, och!! A jednak daje mi spokoj, przestal falszowac jakiekolwiek piosenki, ani nawet pol zdechlej wygietej nutki, a mi przestalo wyc w uszach. Teraz jest tak jakos dziwnie. Cicho.

Uf, jeszcze jest ok: przed chwila tak sobie porzadnie soczyscie odkaszlnal… w pokoju na gorze… stal pod oknem… uchylonym. A kukulka wybila dziesiata.


2 komentarzy jak dotąd
Dodaj komentarz

pieknie

Comment - autor: Beata Wiese

dzieki.

Comment - autor: oliwiadrozd




Dodaj komentarz
Znak podział wiersza i akapitu wstawiany jest automatycznie, twój adres e-mail nie będzie opublikowany, stosowanie HTML jest dozwolone: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>